Pierwszy tydzień diety…

Autor: Monika Lipiec (3) | piątek, 30 Październik 2009

Pierwszy tydzień diety, a właściwie pierwsze cztery dni były koszmarem. Z perspektywy czasu wydawać by się mogło, że chyba nie było aż tak źle, ale ja doskonale pamiętam każdy szczegół.

Pamiętam dzień, kiedy wróciłam do domu od Pani Joasi, pełna nadziei na zmianę wyglądu, nie miałam wówczas pojęcia o tym, że aby zmienić swój wygląd najpierw muszę zmienić swoje przyzwyczajenia, no ale w końcu jak pewnie każda kobieta najpierw myślałam o estetyce. Za początek diety wybrałam sobie najbliższy poniedziałek (02.02.2009.), dokonałam wpłaty na wskazane konto i oczekiwała ze zniecierpliwieniem na dietę wraz  z przepisami. Kiedy przyszła dieta i przepisy byłam zachwycona, ponieważ na pierwszy rzut oka okazało się, że jest naprawdę super. Co prawda nie jem tyle chleba ile bym chciała i muszę zjadać dużo więcej warzyw i owoców, niż rzeczywiście bym chciała, ale produkty takie, które bardzo lubię, a do tego wszystko po to aby stracić zbędne kilogramy.

W czasie sobotnich zakupów bardzo skrupulatnie dokonywałam wyboru produktów. Mogę powiedzieć z ręką na sercu, że od tego właśnie czasu zaczęłam zwracać uwagę na to co kupuję, i nie tylko na to co mnie jest potrzebne do diety, ale zaczęłam patrzeć na wszystko co kupuję do jedzenia dla mojej całej rodziny. Pamiętam pierwszy dietetyczny obiad, był to ekskluzywny kotlet schabowy, który z przyjemnością przygotowywałam w niedzielny wieczór, tak aby w poniedziałek po pracy nie tracić czasu na przyrządzanie potraw. Kotlecik był wspaniały, zapiekany z fasolką i kukurydzą i sosem jogurtowym z żółtym serem, myślałam jaka ta dieta będzie prosta, byłam bardzo zadowolona. Moja babcia, która w domu jest królową kuchni obserwowała mnie bacznie i nie mogła się nadziwić ile ja tu szykuję do jedzenia. W niedzielę tradycyjnie na pożegnanie ze starymi nawykami żywieniowymi zjadłam porządną kolację i poszłam spać.

Obudziłam się pełna optymizmu, świadoma faktu, że otwieram jakiś nowy rozdział. Rozpoczęłam przygotowania dotyczące zabrania śniadania i dwóch przekąsek do pracy, wszystko poszło super. W pracy śniadanko jak przykazała Pani Joanna o godz. 7.30, naprawdę serek był pyszny, może trochę mało, ale nie szkodzi. Potem zjawiła się moja koleżanka, z którą współpracujemy w jednym pokoju. Agnieszka dodawała otuchy i z zaciekawieniem czytała mój jadłospis. Od razu postanowiłyśmy, że dni owocowo – warzywne będziemy stosowały wspólnie, choć ona jest chudzielcem, ale bardzo lubi warzywa i owoce. Zbliżała się godzina 9, a mnie coraz bardziej chciało się jeść, no ale do 10 było już niewiele czasu, więc myśl o przegryzce pozwalała głód zagłuszyć. Gorzej było po przegryzce, która miała formę 20 g suszonych rodzynek, które praktycznie nie zrobiły na moim żołądku kompletnie żadnego wrażenia. No ale mówiłam sobie, trzymaj się Pani Asia mówiła, że początek będzie ciężki.

Czekałam do 13 do następnej przegryzki. Pestki słonecznika jadłam nie garścią, bo nie było jak gdyż mogłam zjeść tylko jedną taką garść. Jadłam po jednej pesteczce żeby dłużej mieć wrażenie, że w ogóle coś jem. Mój organizm domagał się śniadania takiego jak zawsze, świeże bułki, wędlina, pomidor. Po południu czasem do kawki kupowałyśmy sobie pączka albo jagodziankę. A tu nic, jeść, jeść, jeść wołała moja głowa. Nie mogłam pracować, myślałam tylko kiedy będę mogła pojechać do domu na obiad. Obiad może na chwilę zaspokoił mój głód, po pół godzinie chciało mi się znowu jeść. Kolacja dwa listki sałaty, do tego łyżka pestek i pomidor, oliwka, nie mogłam się najeść, nawet nie czułam przyjemności, że jem, jadłam ponieważ tak mam wskazane przez Panią Joannę. Cały czas miałam wrażenie, że zaraz przecież ja chyba zapomniałam chleba, dlaczego ja jem bez chleba. Ponieważ byłam głodna byłam również zła, więc siedziałam sama w pokoju. Drugi dzień był jeszcze gorszy, już wiedziałam co mnie czeka, wiedziałam, że nawet ekskluzywny kotlet schabowy nie jest w stanie zrekompensować braku chleba, że będę strasznie głodna i zła. Potem było już tylko gorzej. Dzień owocowo – warzywny był dla mnie prawdziwą katorgą, do tamtej pory nie jadłam owoców i warzyw ponieważ ich nie lubiłam. Jeśli ktoś mnie pytał jakie owoce najbardziej lubię mówiłam, że „krakowską podsuszaną”. I właśnie w ten okropny trzeci dzień diety, wygłodzona na max musiałam zjeść prawie 2 kg owoców i warzyw.

W domu nikt do mnie nic nie mówił, ponieważ byłam nie do życia, przeszkadzał mi fakt, że mąż ćwiczy, że dziecko chce się przytulić. Zabroniłam gotować potrawy, które lubię, najlepiej żeby nic wtedy nie jedli, żeby nic nie pachniało. Nie było mnie dla znajomych, nie prowadziłam rozmów przez telefon, praktycznie nie byłam w stanie myśleć o niczym innym tylko o jedzeniu. To były dla mnie trzy piekielnie ciężkie dni. Czwartego dnia było już lepiej, piątego już zupełnie dobrze, szóstego nie przerażał nawet dzień owocowo – warzywny. Byłam głodna, ale nie chorobliwie. Nie widziałam już oczami wyobraźni potraw, które chciałabym zjeść, wszystko było już zupełnie inaczej. Wszystkim mówiłam, że gdyby nie to, że wpłaciłam pieniądze na program żywieniowy w pierwszej racie, rzuciłabym tą dietę, gdyż te pierwsze dni były dla mnie bardzo, ale to bardzo trudne. Opłacało się trudzić, wiem to teraz bogatsza w doświadczenie i osiągnięte do tej pory cele.

  • Wykop
  • Gwar
  • Facebook
  • Google
  • Technorati
  • TwitThis
  • E-mail this story to a friend!

Dodaj odpowiedź