Jak pech, to pech…

Autor: Marta Rachon (9) | poniedziałek, 2 Listopad 2009

Angina bezwzględnie zaatakowała migdały – na kilka dni zostałam skazana na dietę papkowo-przecierową i przykuta do łóżka. Któregoś dnia padło nawet pytanie (żartobliwie, na szczęście), czy choroba to mój sposób na odchudzanie. Co za pomysł! Już kiedyś próbowałam się głodzić i nikomu nie radzę, ot, błędy młodości… ;) Teraz jestem mądrzejsza i z całą pewnością nie posunęłabym się dobrowolnie do tak drastycznych środków, jak głodówka. Bo przecież żeby schudnąć, trzeba jeść… Sprawdziłam, działa :)

Apetytu, co prawda, brak, a to, co się dzieje w gardle nie pozwala mi bezboleśnie przełknąć śliny, ale staram się zachować zdrowy rozsądek. Wyciągnęłam przykurzony już mikser i zaczęłam robić smakowite… papki. Z cukinii… z brokułów… dyni, przecieram nawet banany i jabłka. Przejedzenie mi raczej nie grozi. Mimo kłopotów z przełykaniem, piję więcej wody i herbat niż zazwyczaj, poza tym jogurty, żeby się zanadto nie wyjałowić z bakterii… Antybiotykoterapia zdążyła mnie nieco osłabić (a może raczej gorączka i leniuchowanie w łóżku…?), od kilku dni strasznie boli głowa, więc staram się spionizować od czasu do czasu i, zawinięta w szalik, zrobić coś pożytecznego w domu. Wreszcie mam czas na porządki w szafie (znów znalazłam parę rzeczy, do których nie zamierzam “dorastać”), porządki w papierach… Na podskakiwanie i inne ostrzejsze ćwiczenia nie mam siły, a najbardziej marzę teraz o spacerze na świeżym powietrzu. Wietrzenie to nie to samo…

  • Wykop
  • Gwar
  • Facebook
  • Google
  • Technorati
  • TwitThis
  • E-mail this story to a friend!

Dodaj odpowiedź