W wirze wydarzeń ostatnich dwóch tygodni jakoś zabrakło chwili, żeby się podzielić tym, co było… Zaraz po spotkaniu z panią Alą, byłam trochę rozczarowana, bo waga okazała się mało łaskawa. Miałam nadzieję, że po anginie i papkach warzywnych będzie nieco mniej ciałka. Płonne nadzieje
Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak trudno zrzucić te parę kilo, które dzieli mnie od, wyznaczonego jakiś czas temu, celu. I doszłam do wniosku, że może jednak brakuje mi motywacji…? Bardzo dobrze się czuję, wyniki badań krwi poprawiły się znacząco, wiele osób, które pamiętają pulpeta nie poznało mnie na ulicy… Najcudowniejsze jest to, że na wieszakach w sklepie nie szukam już największego rozmiaru. A bywało przecież i tak, ze nawet największy ciuch opinał nie tam, gdzie trzeba. Wstyd się przyznać, ale najgłębszą rozpacz — głównie po kolejnej nieudanej próbie kupienia JAKIEJKOLWIEK kreacji – zajadałam. Najlepiej czekoladą. Albo pachnącym świeżutkim ciachem. Tak na pocieszenie, że w nic się nie mieszczę…
Na szczęście to już przeszłość!
Ostatni tydzień spędziłam w Czechach. Przed wyjazdem drżałam na myśl o tym, jakie będą skutki chaosu żywieniowego i pokus czyhających w każdym zakątku Pragi… Nie pomyliłam się: kołaczyk z cukrem i orzeszkami — zwłaszcza prosto znad paleniska — okazał się przepyszny, a drugim moim grzechem był racuch, z głębokiego tłuszczu (biję się w piersi!) z tartym serem żółtym, którego po prostu nie mogłam sobie odmówić w mroźny wieczór pod pomnikiem Husa. Trzeba mieć coś z życia, czyż nie? Przed wyjazdem obiecałam pani Ali, że będę pisać: “czy mogę…?” . Ale zapomniałam włączyć roamingu…
Poza wspomnianymi wyskokami było bardzo przyzwoicie — z ręką na sercu! Za przekąskę służyło głównie “kefírové mléko nízkotučné” o smaku truskawek
Na kluchy na parze się nie skusiłam… A kiedy zważyłam się po powrocie było 1,5 kg mniej. Ciekawe, jaki będzie oficjalny werdykt.
Ach, mogłoby być o kilka fałdek mniej!
Marta Rachoń – pod opieką doradcy żywieniowego SetPoint – Alicji Kalińskiej







