Na początku witam wszystkich, którzy postanowili się także uzewnętrzniać na SetPoint’owym blogu. Widzę, iż nas, kuracjuszy / pacjentów przybywa. I dobrze J W tłumie raźniej.
Zacznę od dobrej wiadomości: przełamałem się i prawie w ogóle nie dojadam!
To dla mnie naprawdę duży sukces. Efekty (na domowej wadze) też już są widoczne. Co prawda przede mną weekend, czyli dni w których najtrudniej mi stosować się do diety (gdyż spędzam go na ogół na mieście i dosyć ciężko mi go dokładnie zaplanować) ale dam radę! Moja waga ma iść w dół, a nie w górę. Dodatkowo przeziębienie nadal się mnie trzyma, więc nie będę ryzykował jego pogorszenia poprzez ćwiczenia na siłowni: tam zawsze jest gorąco, do tego prysznic, więc w połączeniu z zimnem na dworze tylko zrobię dobrze tym zarazkom co nie chcą sobie pójść (a wiadomo iż wirusów się nie leczy, tylko ich objawy…)
Wracając do diety: Miniony tydzień był całkiem przyjemny. Co prawda udka z kurczaka jakoś porządnie mi się upiec nie chciały i finalnie wylądowały w śmietniku, za to makaron z cukinią i cebulką był całkiem smaczny
Smaczna również wyszła zupa z zielonego groszku, w przeciwieństwie do kalafiorowej – dziś odbędę do niej podejście drugiej i może wyjdzie lepiej (wczoraj była bez smaku). Pojawiła się tez nowość: serek Ricotta: Bóg mi świadkiem, że do czasu zakupów nie miałem pojęcia że coś takiego w ogóle istnieje. Ale udało się kupić i zawartość opakowania okazała się dosyć smakowita. Plus dla Pani Ani za nowy smak do menu.
Ubolewam już tylko, że zabronione mi zostało stosowanie ketchupu: w końcu nim byłem w stanie uratować prawie każdą potrawę..
Ale kto powiedział że dieta musi być w całości smaczna?







