Hm, od świąt minęło już trochę czasu, ale dawno nie pisałam, więc nie omieszkam się pochwalić… Mimo ze po świętach przybył dodatkowy kilogram, to zniknął tak szybko, jak się pojawił
Może nie jest to wielkie osiągnięcie, ale naprawdę obawiałam się, ze to będzie dla mnie bardzo ciężki czas. Ciasto makowe mojej Mamy to smakołyk wyjątkowy i niepowtarzalny, pojawia się na stole tylko ten jeden raz w roku i nie można mu się oprzeć. Przynajmniej JA nie potrafię… O drożdżowym nie wspomnę, bo — słowo daję — takiego drożdżowego nie jadłam jeszcze nigdzie. Niby podobne do innych, ale Mama musi mieć sekret, który może pewnego dnia i ja posiądę. Niestety świąteczne ciasta to moja największa słabość; bez ryby w wigilię da się przeżyć, ale nie zjeść makowego?! Z mnóstwem bakalii i czekoladową (!) polewą? Niewyobrażalna zbrodnia. Reszta jadłospisu jak najbardziej mieści się w dietetycznych normach. Poza tym zaraz po świętach wróciłam do normalnego trybu. Aż do sylwestra (znów te słodkości!). Tym razem padło na pierożki z jabłkami mojej Mamy, obok których też nie można przejść obojętnie… tym bardziej, że tę kaloryczną przyjemność przeżywamy również raz w roku.
Na szczęście wystarczył dzień płynny, żeby znów poczuć się nieco bardziej zwiewnie
Zapasów z domu nie wzięłam, bo od paru lat mamy taką tradycję: nie przesadzamy
W związku z tym nie ma siedzenia przy stole przez całe święta i wyjadania z lodówki “bo się popsuje”
Zaraz potem do łask wróciły warzywka! Śmiało mogę powiedzieć, ze osiągnęłam wyżyny kulinarnego kunsztu w przygotowywaniu grillowanej cukinii z ziołami, kremowej zupy cukiniowej i innych warzywnych cudowności… A mówiąc poważnie, żołądek musi czasem odpocząć i — chociaż bardzo lubię mięsko — dobrze jest trochę oczyścić organizm i zwiększyć ilość warzyw w diecie. W dodatku przekonałam do warzyw mojego chłopaka i teraz oboje wcinamy chrupiące sałatki i zupy na rozgrzanie…







