Święta, święta… wiadomo pyszności i obżarstwo na maxa.
Ale nie była tak źle. Mój brzunio chyba się już przyzwyczaił do godzin i do porcji, oj nie dało się zjeść dużo, dużo więcej.
Jedynie (i teraz moja Pani Ania zamyka oczy i tego nie czyta) uległam czekoladzie i ciasteczkom.
Jadłam je na podwieczorek ale prawie codziennie. Wiecie prezenty a tam na dodatek małe co nieco.
Po świętach zaraz w poniedziałek domowa waga poszła w ruch – męczyło mnie czy nie przytyłam, ale nie.
Choć pomiarów się boję, zresztą zawsze mam jakiegoś stresa przed każdą wizytą.
W ramach odkupienia moich świątecznych “grzeszków” przez cały tydzień wolnego w szkole jeździłam na nartach.
I tu kolejna niespodzianka, mniej się męczyłam a po pierwszym dniu nawet mnie nogi nie bolały.
Lamia – pod opieką doradcy żywieniowego SetPoint – Anny Englisz







